Catch a Fire Double Capa Robusto. Cygaro z jamajskimi korzeniami

Właściciel marki Catch a Fire chwali się wykorzystywaniem w swoich cygarach najlepszych tytoni z doliny Jalapa w Hondurasie, Dominkany i Esteli w Nikaragui oraz butikowym zwinięciem w fabryce w Esteli. Szczyci się również odbyciem kilkuletniego szkolenia ze zwijania cygar pod okiem torcedoes na Kubie, a także pochodzeniem z rodziny z tradycjami w handlu tytoniem. W opowiedzianej przez niego historii wszystko wygląda bardzo dobrze. Mimo to nie nastawiłem się na wybitną degustację tego cygara, w czym utwierdziło mnie kilka brakujących elementów w całej układance.

Łapiąc ogień

Czego natomiast nie brakowało na pewno egzemplarzowi cygara Catch a Fire, który znalazł się w moich zasobach po małej wymianie cygarowej to atrakcyjny wygląd. Podwójna okrywa prawdopodobnie złożona z liści odmian Connecticut i ekwadorskiego Habano Maduro została nałożona starannie, podobnie jak starannie uformowane było samo cygaro zwieńczone ogonkiem stylizowanym na lont dynamitu. Aż przypomniały mi się cygara 601 La Bomba potrafiące powalić swoim nikotynowym podmuchem na ziemię. Robiąc research o Catch a Fire, dowiedziałem się, że nazwa ta została zaczerpnięta od tytułu piątego albumu studyjnego Boba Marleya & The Wailers z 1973 roku. To swoisty hołd Marvina Wrighta stojącego za tymi cygara oddany ojczyźnie, a urodził się właśnie na Jamajce, z której wyemigrował w dorosłym życiu do USA z przystankiem na Kubie. Degustację Catch a Fire ująłem w video recenzji cygara, dzieląc się ze społecznością moimi doświadczeniami.

Wygląd cygara to nie wszystko

Te nie należały jednak do szczególnie przyjemnych. Technicznie cygaro pozostawiało wiele do życzenia, na co byłbym w stanie przymknąć oko, gdyby odwdzięczyło mi się feerią smaków. Profil opierał się głównie na bardzo pieprzno-popielatych aromatach przełamywanych mięsem z grilla, orzechami, ciastkami oraz igliwiem, grających jednak mało znaczące role w tym spektaklu. Moich odczuć nie mogłem nawet porównać z innymi recenzentami zza Atlantyku, czyli docelowego rynku tych cygar. Okazało się, że zwyczajnie nikt nie sięgał po cygara marki Catch a Fire. Udało mi się mimo to trafić na film Bryana Glynna z kanału Cigar Obsession, który obcował z innym wypustem tej firmy nazwanym Swinger After Dark. Nie udało mu się dopalić tamtego cygara do końca i był nim rozczarowany. W tym się zgadzaliśmy.

Zmyślona historia cygarowego mistrza?

Nie zgadzało mi za to wiele w historii Marvina Wrighta, właściciela Blue Mountain Cigars posiadającego w swoim portfolio serie cygar Catch a Fire, głównie aromatyzowane Dipped czy BMC z liniami o intrygujących nazwach El Threesome czy Swinger. Otwierając sobie drogę do największych sklepów cygarowych w USA z pomocą VPN, nie znalazłem w ich ofercie choćby jednej marki pochodzącej od BMC. Jakby sprzedawał je tylko gdzieś lokalnie, możliwe, że w obszarze Hialeah na Florydzie, gdzie ma swój sklep i prowadzi sprzedaż internetową za pośrednictwem sklepu Puro Cigar Club. Jego cygara są jedynymi w ofercie. Co bardzo mnie zdziwiło, nie posiadają one żadnych opisów przybliżających poszczególne marki i linie. Cała interakcja z kartą produktu zamyka się na wyborze formatu, okrywy i liczby sztuk w zamówieniu. Tak też dowiedziałem się, że cygara Catch a Fire zwijane są w trzech formatach i okryte liśćmi Connecticut, Maduro, Habano oraz dwa z nich trafiły na wariant Double Capa. Poza enigmatycznym nawiązaniem do tytoni w krótkiej historii Marvina nie da się dokładnie określić, które z nich trafiły do wkładki cygar Catch a Fire oraz pozostałych linii.

Tajemniczy kubańczyk w opowieści

Odnalazłem za to bez trudu pozostającą w budowie stronę marki Catch a Fire. Może cygara te mają stanowić nowe otwarcie i nie być kojarzone z BMC, czyli biznesem kompletnie pozbawionym tożsamości. Jak udało mi się wywnioskować z filmu odnalezionego w sieci, cygara Catch a Fire są sprzedawane w bundlach i w pudłach, z czego te w boxach mają zawierać tytonie z Condega w Nikaragui oferując moc od lekkiej do pełnej zależnie od okrywy. Najciekawsze jest, że niezależnie od wyboru opakowania, cygara w nich wyglądają tak samo. Ze szczątkowych informacji odnalezionych w sieci, w tym z wykorzystaniem sztucznej inteligencji wyłoniła się jeszcze postać Don Ramon Hernandeza z Kuby, który miał wywieźć w 1992 roku z wyspy ziarenka, z których owoców korzysta dziś w swoich cygarach Marvin. Właściciel ma się nie zajmować jednak uprawami, a blendowaniem swoich cygar i doglądaniem jakości zwinięcia asystując przy tym Hernandezowi.

Catch a Fire bez ognia

Ile w tym prawdy, to wie tylko Marvin Wright, prowadzący biznes cygarowy do spółki z żoną Jacqueline. Jego wybranka zapewne również pochodzi z Jamajki, która pojawiła się w jednym z krótkich wywiadów jako miejsce zwinięcia Catch a Fire. To wprawiło mnie w osłupienie, szczególnie że BMC ma przecież zwijać swoje cygara w Esteli w Nikaragui. Ten miszmasz informacyjny zapewne nie sprzyja kreowaniu marki, ta jednak jest mocno zakorzeniona w pochodzeniu Marvina. Nawet nazwa Blue Mountain Cigars odnosi się do pasma Gór Błękitnych na Jamajce. Państwa, które dało schronienie uciekinierom z Kuby po dojściu Fidela Castro do władzy i stało się miejscem narodzin marek Macanudo, Royal Jamajca oraz domem części portfolio Foundation Cigars. Aż dziw, że Blue Mountain Cigars nie opiera na tym swojej tożsamości i know-how. Może dzięki temu odnieśliby sukces z Catch a Fire lub innym ze swoich brandów. W mojej świadomości ta marka zapisuje się, jako cygarowe rozczarowanie.

Dodaj komentarz